Balkon

O balkonie

Balkon by się przydał. I ten balkon nie daje mamie nadal spokoju. Minął rok, potem dwa lata, a może i więcej. Ja nadal słyszę, że balkon, by się przydał. Więc najpierw było to marzenie po prostu, Istniało zawieszone w przestrzeni, było i nie było. W rzeczywistość w zasadzie wcielić się nie dało, bo dom rodzice, jak zwykli mówić – „stawiali” na początku lat siedemdziesiątych. Więc dom nasz ma lat więcej niż ja i przeżył już nie jedno, a losy jego są niczym Rzymu, bo w ruinach prawie też żyliśmy, jak oglądam stare czarno-białe fotografie, na których widać walący się dom, ogromną betoniarę i Buldoga – naszego ówczesnego psiaka, który swoją drogą przeżył z naszym domem spory kawałek. Zatem balkonu nigdy od początku istnienia naszej szczukowskiej willi nie było, bo nikt go od początku razem z domem nie „postawił”. A po kilkunastu latach przyszły wiatry, które zabrały nam dach. Tragedia jakich mało, ale gdy się jakoś rodzice pozbierali, temat balkonu wrócił, a mama ożyła. Bo jak trzeba zrobić remont, to może tym razem się uda. Bo co to taką dziurkę w ścianie zrobić. – mówiła mama.

„Człowiek remont”

Tata, jako doświadczony „człowiek remont” od razu wiedział, że rzecz nie będzie to prosta, więc nadzwyczajnie w świecie odmówił, bo burzenie ściany wymaga więcej wysiłku i pochłania więcej czasu i kosztów, niż wybudowanie nowej. Więc my racjonalnie zrozumieliśmy uzasadnienie taty od razu, ale mama nie dawała za wygraną. Może jednak… – powtarzała. W końcu udało nam się przemówić jej do rozsądku i tak dach został odbudowany, a dom otynkowany. I skoro struktura na zewnętrzną część domu została położona, nikomu nawet do głowy nie przyszedłby już pomysł robienia balkonu, bo nie chodziłoby już o tylko burzenie tej ściany, a i kolejne nowe koszty związane z ponownym pokryciem zewnętrznej ściany domu. Ale nie naszej mamie. Temat balkonu zatem tkwił w powietrzu nadal. Sami byliśmy w szoku, jak bardzo nasza mama do niego przywykła. Co najciekawsze nigdy się nie znudził. Zawsze wydawało mi się, że marzenia w sytuacji swojej absurdalnej niewykonalności w końcu sięgają swojej racjonalności, a więc kończą się, znikają, bo nie mają racji bytu, ale nie marzenia naszej mamy.